Nowe Crobuzon, którego centralny punkt stanowi olbrzymi gmach dworca Perdido, to miasto brudne i odrażające. Jak w każdej wielkiej metropolii, większość stanowią slumsy, jak każda metropolia, musi mieć cuchnące kanały i wielkie wysypiska śmieci. No i mieszkańcy. Naukowiec Isaac der Grimnebullin i jego owadogłowa kochanka Lin dostają dość osobliwe zlecenia. Grimnebullin ma przywrócić Yagharkowi (rasa człowiek-orzeł) możliwość latania po tym, jak w wyniku kary odcięto mu skrzydła. Artystka Lin ma stworzyć rzeźbę Motleya, bossa przestępczego półświatka, którego główną cechą jest... zmienność. Motley należy do prze-tworzonych (człowiek-maszyna) – jest istotą, które swoje ciało traktuje jak pole eksperymentu. Lin i Grimnebulin nie wiedzą, że podjęcie się tych zadań doprowadzi do powstania zagrożenia, które obejmie wszystkich mieszkańców Nowego Crobuzon. To zagrożenie będzie tak przerażające, że przestraszy się go sam Diabeł.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 stycznia 2012
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Robert Silverberg, Zamek Lorda Valentine’a
„Zamek Lorda Valentine’a” to pierwsza powieść ze znanego cyklu o planecie Majipoor.
Valentine budzi się w pobliżu miasta Pidruid. Nie pamięta, jak się tam znalazł, ani kim konkretnie jest. Z przeszłością łączy go jedynie bogato wyposażony mieszek. Niestety, Valentine nie jest nawet świadomy wartości trzymanych w nim monet. W mieście za kilka dni odbędzie się wielki festyn, na którym mieszkańcy świętować będą przybycie Koronala. Władca traktowany dotąd z szacunkiem, zaczął w ostatnim czasie wydawać osobliwe rozporządzenia. Jednak sny płynące od Pani i Króla Snów nie dają powodu do niepokoju, więc mieszkańcy zamierzają świętować hucznie. Valentine z braku innych pomysłów, dołącza do grupy żonglerów. W miarę upływu czasu jego sny zostają zdominowane przez straszne obrazy zniszczonej planety. Czy Majipoorowi grozi niebezpieczeństwo i czy ma z nim coś wspólnego Koronal o imieniu... Valentine?
środa, 19 października 2011
Brian Aldiss, Non stop
Plemię Greena przemierza wszechświat nie zdając sobie sprawy, że ich dom to tak naprawdę statek kosmiczny. Tę wiedzę tajemną posiada kapłan Marapper, który namawia m.in. myśliwego Complaina na wyprawę w poszukiwaniu Sterowni. Chciwy i chytry kapłan chce władzy nad statkiem. Żeby jednak tego dokonać konieczne jest przedarcie się przez porośnięte ponikami Martwe Drogi i pokonanie mieszkańców Dziobu. Na drodze czyha sporo niebezpieczeństw, z których inteligentne szczury i porozumiewające się telepatycznie ćmy to nic w porównaniu z Gigantami i Obcymi. Cała ich wyprawa zmierza do zaskakującego finału, dzięki któremu odkryją prawdę o nich samych.
„Non stop” to pierwsza powieść SF tego znanego amerykańskiego pisarza. Wydana ponad pół wieku temu, poza pistoletami atomowymi, nie razi anachronicznością. Za to trzyma w napięciu od pierwszych stron. Razem z bohaterami startujemy od stanu całkowitej niewiedzy, by zostać oświeconymi na końcu książki. „Non stop” to przykład dobrej fantastyki przygodowej. Ale nie tylko. Można w niej doszukać się odprysków naszych współczesnych pragnień. Bo czy ludzkość nie przemierza kosmosu, nie wiedząc zbytnio skąd i dokąd zmierza? I czy nie ma nadziei na to, że spotka w końcu jakiś światlejszych obywateli wszechświata, którzy wytłumaczą, o co w tym wszystkim chodzi? Tymczasem, mówi Aldiss, jesteśmy skazani na niewiedzę a nasze „życie jest długą, trudną podróżą”, w której widzimy tylko cienie na ścianach jaskini.
środa, 28 września 2011
Isaac Asimov, Fundacja
Wydana w 1951 roku w USA „Fundacja” to cztery opowiadania (z ośmiu) opublikowane w czasopiśmie Astounding Magazine między rokiem 1942 a 1950. Opowiadają o pierwszych stu latach po założeniu Fundacji przez Hariego Seldona na peryferiach Galaktyki. Akcja rozpoczyna się w stolicy Imperium, Trantorze. Powierzchnia planety wynosząca 75 mln mil kwadratowych jest w całości zurbanizowana. Zamieszkuje ją ponad czterdzieści miliardów ludzi, którzy skupiają się głównie na obsłudze administracyjnej Imperium (obejmującego 25 mln zamieszkanych planet Galaktyki). Trantor jest w całości uzależniony od dostaw towarów z innych planet. W samym sercu Imperium Hari Seldon, naukowiec psychohistoryk, głosi herezje o jego upadku. Twierdzi, że dzięki wyliczeniom statystycznym opartym na danych geopolitycznych jest w stanie podać dokładną datę katastrofy i liczbę barbarzyńskich lat po niej. Władze Imperium nie są zadowolone. W wyniku pokazowego procesu zgadzają się na kompromis – utworzenie na odległym Terminusie Fundacji, która ma zająć się spisywaniem i katalogowaniem wszelkiego dziedzictwa kulturalnego ludzkości. W ten sposób wpływ barbarzyńskich lat ma zostać zminimalizowany. Jednak to tylko przykrywka a wie o tym jedynie Hari Seldon. Z czasem instytucja naukowa przeradza się w siłę polityczną, a następnie w osobny organizm państwowy. W czasie rządów wykorzystuje kolejno naukę, która następnie przeradza się w religię, która następnie przeradza się w handel. Dzięki nim Fundacja jest w stanie zapanować nad nieprzychylnymi sąsiadami i rośnie w siłę. Tymczasem Imperium pogrąża się w coraz większym chaosie a władzę w różnych jego dawnych częściach przejmują barbarzyńcy. Ale jest jeszcze nadzieja. Po drugiej stronie Galaktyki, miliony lat świetlnych od Terminusa, Hari Seldon założył bliźniaczą Fundację.
wtorek, 27 września 2011
Peter Watts, Ślepowidzenie
Pierwszy Kontakt według Wattsa nastąpi za niecałe sto lat, w roku 2082. Nad Ziemią przyszłości pojawiają się tysiące Świetlików – małych, znikających w atmosferze satelit pozaziemskiego pochodzenia. Na spotkanie Obcym zostaje wysłany statek o nazwie Tezeusz, który na pokładzie wiezie dość nietypową załogę. Jego kapitanem jest wampir Jukka Sarasti, który tylko teoretycznie nie stanowi zagrożenia dla pozostałych – odpowiedzialne za to geny zostały zlikwidowane podczas procesu ożywiania. Poza nim na statku leci Banda, czyli cztery rozszczepione osobowości w jednej osobie Susan James. James jest lingwistką odpowiedzialną za komunikację z Obcymi. Badanie Obcych powierzono biologowi Isaacowi Szpindlowi a ewentualną walkę major Amandzie Bates. Piątym członkiem załogi jest narrator, Siri Keeton, syntetyk informacji, obserwator. Ziemia, którą opuszczają, to miejsce, gdzie medycyna jest na poziomie pozwalającym na swobodną modyfikację organizmów. W ten sposób ludzie pozbywają się chorób i udoskonalają swoje mózgi w innych celach. Dysponują też oczywiście doskonałą technologią, która pozwala na dalekosiężne podróże kosmiczne. Jednak nie rezygnują z zamiłowania do ułudy. Niektórzy decydują się na ofertę Wirtualnie Wszechmocnych – wykupują miejsce w Niebie, gdzie wszystko, co ich otacza jest wytworem ich własnej świadomości – żyją w swoich własnych światach. Nie rezygnują przy tym z kontaktu z ludźmi żyjącymi w realu, przynajmniej do momentu wniebowstąpienia. W Obłoku Oorta Tezeusz spotyka statek Obcych, Rorschacha. Obcy nie okazują się ani wielkimi gadami, które chcą zniszczyć człowieka bez wyraźnego powodu, ani istotami przypominającymi ludzi, tylko będącymi na znacznie wyższym poziomie rozwoju. Kim więc są? Może łatwiej będzie powiedzieć, kim nie są. Nie są na pewno tacy, jakimi ich sobie wyobrażaliśmy do tej pory. Wyprawa Tezeusza kończy się porażką, oba statki zostają zniszczone. W drogę powrotną wyrusza Siri Keeton, ostatni żyjący członek załogi Tezeusza.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Ursula K. Le Guin, Miasto Złudzeń
Lubię Ursulę K. Le Guin za kilka rzeczy. Lubię jej spokojną narrację, bogatą w opisy przyrody, miast, ludzi, zjawisk i wszystkiego tego, co we współczesnej fantastyce zdaje się schodzić na dalszy plan. Lubię to, że podejmuje uniwersalne tematy związane, na przykład, z kondycją człowieka. W „Mieście Złudzeń” odziera swojego bohatera (Falka) z pamięci, a tym samym tożsamości, i każe mu tułać się po obcym świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „kim jestem?” . Prawdę, paradoksalnie, znajdzie w tytułowym mieście złudzeń, Es Toch, zamieszkiwanym przez Szinga, których zwą Kłamcami. Lubię u Le Guin brak prostych odpowiedzi i przewidywalnych zakończeń. A chyba najbardziej lubię bohaterów Le Guin. Gdy ich poznajemy, są słabi i niedoświadczeni, zagubieni gdzieś wśród wydarzeń, w które obfitują ich światy. Ich historia jest ich drogą ku wiedzy i doświadczeniu. Przebywając ją, stają się silniejsi, bardziej odporni, zdobywają wiedzę, również o sobie. Lubię ich za brak jednoznaczności i kwestionowanie narzuconych ról – np. związanych z płcią w „Lewej ręce ciemności” lub tożsamościowych w „Mieście Złudzeń”. Przez nich, historie Le Guin nabierają charakteru uniwersalnych przypowieści. Fantastyka w jej wydaniu to próba opowiedzenia o realnym człowieku za pomocą odniesień do nierealnych mieszkańców nieistniejących światów. Daje to możliwość porzucenia konwenansów i zajęcia się sednem, przerysowania pewnych zjawisk, by były bardziej czytelne. Le Guin odziera utarte w świadomości zależności, hierarchie, stereotypy itp., które uważamy za „naturalne”, z ich kontekstu i przenosi je w inne otoczenie. Wyglądają tam dziwnie, nienaturalnie i obco. Dlaczego więc w takiej samej formie akceptujemy je w realnym życiu? Tak, książki Le Guin to lektury dla rewolucjonistów.
wtorek, 7 czerwca 2011
George R.R. Martin, Starcie królów
Do starcia królów potrzeba ich co najmniej dwojga. W Zachodnich Królestwach jest urodzaj. Do schedy po Robercie pretendują trzej lordowie, jego syn i inni. Trudno powiedzieć, kto ma do niego prawo. Ziemie Królestw ogarnia wojna, a niebo przemierza czerwona kometa. Niektórzy mówią, że zwiastuje narodziny smoków. Ale kto wierzy w istnienie smoków, nawet jeśli ich ogromne czaszki wciąż spoczywają w podziemiach zamku Królewskiej Przystani? Inni wolą w gorejącym ogniu komety upatrywać zwiastuna nadejścia Pana Światła. Jedno jest jednak pewne – magia budzi się do życia, a zajęci doczesnością ludzie zdają się tego w ogóle nie zauważać. Jedynie Strażnicy Muru ślą coraz bardziej niecierpliwe listy. Tymczasem ogłoszono koniec lata a Zima nadchodzi wielkimi krokami.
Czym tak naprawdę jest owa Zima? Bo już chyba nikt nie ma złudzeń, że to tylko pora roku z przesadnie dużą ilością bieli. Jeśli Jesień to splądrowane ziemie, głodujące miasta, zakradające się i mordujące cienie; jeśli to martwi-żywi Inni i skłócone społeczeństwa rzucone w wir wojny, to strach pomyśleć co jeszcze przed nami. Zima będzie zapewne eskalacją wszystkich tych konfliktów. Czy istnieje jeszcze szansa na ponowne przyjście Lata?
A może Zima będzie czasem potężnych kobiet? Znamy już kilka kandydatek. Prawie przy każdej ważniejszej, męskiej postaci pojawia się jego odpowiedniczka. Czasem działają razem w jakiejś sprawie, czasem przeciw. W Królewskiej Przystani o wpływy na dworze walczą Cersei i Tyrion. Siostra Theona Greyjoy’a, Asha wyprzedziła go już w walce o schedę po ojcu. Prawdziwą autorką sukcesu Stannisa jest Melisandre. Renly ma (lub miał) Brienne a do odziedziczenia Winterfell, poza królem Robbem, pretendują już tylko dwie siostry – Sansa i Arya. Tylko Daenerys wydaje się osamotniona na wschodzie. Ma na pociechę jedynie trzy smoki. Trudno powiedzieć, czy taki dualizm będzie miał znaczenie w kolejnych częściach, czy jest jedynie mimowolnym odwzorowaniem dualizmu kultury, w której się obracamy: męskie/żeńskie, dzień/noc, życie/śmierć itp. Pozostaje tylko czytać dalej.
wtorek, 10 maja 2011
George R. R. Martin, Gra o tron
Jest Mur; zamki, w tym królewski z urzędującym w nim tłustym i rubasznym Królem; lordowie; Północ i Południe; osierocone rodzeństwo poprzedniego władcy i nowy Namiestnik. Nowy Namiestnik ma do wypełnienia poważne zadanie. Co Król wymarzy, ma zbudować. W dosadniejszej zaś wersji, krążącej wśród poddanych, co Król zje, Namiestnik ma pozbierać… skutki. Mniej więcej od tego momentu, mianowania nowego Namiestnika oczywiście, a nie zbierania nieczystości, zostajemy wciągnięci w sieć intryg dworskich i poza dworskich. Sieć jest tak skomplikowana jak zarządzanie quasi-średniowiecznym państwem, gdzie pożąda się władzy, a głos ludu ma siłę oddziaływania jedynie w najbliższej karczmie. Dziesiątki postaci przemierzają strony tej książki, to prawda. Niektóre okażą się kluczowe, choć wydają się niepozorne (Karzeł). Inne zaś mimo, że potężne (Królowa) i wpływające na rozwój wydarzeń, wypowiedzą do nas bezpośrednio jedynie kilka zdań. W tym to najsłynniejsze: „W walce o tron zwycięża się albo umiera. Nie ma ziemi niczyjej”. Uwaga! Nie mylić z serialem, gdzie Królowej wkłada się w usta o wiele więcej wypowiedzi. Nie należy się jednak złościć z powodu takich „przekłamań” skoro scenarzystą jest sam autor.
No dobrze, ale jak w tej plejadzie postaci wypadają kobiety? Czy, jak przystało na fantastykę, mają do odegrania głównie role matek, żon, dziwek lub ewentualnie wojowniczek? No cóż… Ale z drugiej strony mężczyźni też nie mają dużego wyboru - rycerze, królowie, strażnicy Muru – ubrani na czarno i żyjących w celibacie. Proponuję zacisnąć zęby i bronić przed nasuwającymi się skojarzeniami. A ty, z kim się utożsamiasz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)