Lubię Ursulę K. Le Guin za kilka rzeczy. Lubię jej spokojną narrację, bogatą w opisy przyrody, miast, ludzi, zjawisk i wszystkiego tego, co we współczesnej fantastyce zdaje się schodzić na dalszy plan. Lubię to, że podejmuje uniwersalne tematy związane, na przykład, z kondycją człowieka. W „Mieście Złudzeń” odziera swojego bohatera (Falka) z pamięci, a tym samym tożsamości, i każe mu tułać się po obcym świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „kim jestem?” . Prawdę, paradoksalnie, znajdzie w tytułowym mieście złudzeń, Es Toch, zamieszkiwanym przez Szinga, których zwą Kłamcami. Lubię u Le Guin brak prostych odpowiedzi i przewidywalnych zakończeń. A chyba najbardziej lubię bohaterów Le Guin. Gdy ich poznajemy, są słabi i niedoświadczeni, zagubieni gdzieś wśród wydarzeń, w które obfitują ich światy. Ich historia jest ich drogą ku wiedzy i doświadczeniu. Przebywając ją, stają się silniejsi, bardziej odporni, zdobywają wiedzę, również o sobie. Lubię ich za brak jednoznaczności i kwestionowanie narzuconych ról – np. związanych z płcią w „Lewej ręce ciemności” lub tożsamościowych w „Mieście Złudzeń”. Przez nich, historie Le Guin nabierają charakteru uniwersalnych przypowieści. Fantastyka w jej wydaniu to próba opowiedzenia o realnym człowieku za pomocą odniesień do nierealnych mieszkańców nieistniejących światów. Daje to możliwość porzucenia konwenansów i zajęcia się sednem, przerysowania pewnych zjawisk, by były bardziej czytelne. Le Guin odziera utarte w świadomości zależności, hierarchie, stereotypy itp., które uważamy za „naturalne”, z ich kontekstu i przenosi je w inne otoczenie. Wyglądają tam dziwnie, nienaturalnie i obco. Dlaczego więc w takiej samej formie akceptujemy je w realnym życiu? Tak, książki Le Guin to lektury dla rewolucjonistów.